wtorek, 26 marca 2013

Palma do głowy


Dzisiejsza Niedziela Palmowa od samego początku nosiła imię tajemnicy. Ksiądz Michał postanowił zabrać nas do buszu na mszę świętą.
Salezjanin w okularach jak Kuba Wojewódzki, w świeżo uprasowanej koszuli, pełen gotowości czekał w samochodzie na dwie blondyny.
 Co przyniesie dzień? Co nas zastanie na miejscu? Jak przywitają nas tamtejsi ludzie?

Droga buszowa okazała się znośna. 12 kilometrów pokonaliśmy w pół godziny - to dobry czas jak na afrykańskie warunki. Chłonęłyśmy każdą informację wypływającą z ust misjonarza. Czasami musieliśmy zamykać okna przejeżdżając przez kałuże.
Ponoć w tych miejscach 20 lat temu węże wskakiwały każdym możliwym otworem do samochodów. Teraz mieszkają tu ludzie więc wszystko idzie na przód.
Kiedy nieoczekiwanie woda chlapała nam w twarz śmialiśmy się, że trzeba szybko zamykać okna bo Czarna Mamba zaraz wskoczy. Żartownisie.

Na miejscu czekał na nas katecheta. Otwarty kościółek wielkości pola karnego na boisku do footbollu i jego okoliczni sąsiedzi. Z sufitu zwisały kwiaty, trawa i liście palmy.
Ostatnia msza była odprawiana w tym miejscu pół roku temu. Takich kościołów jest bardzo wiele, do niektórych trzeba dojechać nawet do 45km, a księży jest garstka w całej Mansie.
Zanim ludzie się zebrali, ksiądz posługiwał w rzekomym konfesjonale, którego rolę odgrywało krzesło w kącie. My zapoznawałyśmy się z okolicą.
Wbrew wszelkim wyobrażeniom miejscowi znali angielski, chętnie zapraszali nas do gry na instrumentach i chwalili się swoimi dziećmi. Jeden mężczyzna kilkakrotnie z dumą podkreślał "Mam piątkę dzieci".

Wszyscy staliśmy w wysokiej trawie. Liście palmy w dłoniach ubogich ludzi, nierówna droga i upał dawały możliwość wyobrażenia sobie, że za chwilę dojedzie do nas Jezus na osiołku. Procesja ruszyła z wioski, z miejsca lekko oddalonego od kościoła. To wszystko było takie inne, takie nowe, takie jedno - wielkie "wow" . Roztańczeni mieszkańcy i my. Podążaliśmy na mszę.


Cztery ściany przykryte srebrną blachą, podparte drewnianymi belkami, a na ziemi wyrastające z niej betonowe klocki do siedzenia - to był nasz kościół.
Setka ludzi w tym jednym budynku i człowiek się gotuje. Okna wielkości szczeliny, w którą można wsadzić tylko rękę nie sprawdziły się w roli wentylatora świeżego powietrza.

Ksiądz Michał był przy ołtarzu. Agata siedziała z przodu wśród dzieci, ja stałam na końcu przy drzwiach wyjściowych pomiędzy karmiącymi matkami. Czułam lekki dyskomfort bo na mojej szyi zamiast dziecka wisiał aparat. Po jakiejś godzinie jedna z nich zaczęła szarpać mnie za ramię i kazała usiąść. Specjalnie dla mnie zrobiła to miejsce - dla gościa wioski, którym byłam właśnie ja.
Wielkie robale latały, a żaby wskakiwały pod chitengę. Mimo tego wiernie siedziałam. Z zamkniętymi oczami słuchałam. Co dwudzieste słowo coś rozumiałam, moja podstawowa znajomość chi bemba pozwalała mi na to. Takiej Niedzieli Palmowej nigdy nie miałam.
Była fenomenem w każdym swoim szczególe, prostocie i ubóstwie.
To wszystko trwało do "tamtej"  chwili, później życie stanęło w miejscu.


Byłam na końcu świata, w środku buszu. Serce chciało wyskoczyć, a ciało było sparaliżowane. Ogromny huk otworzył moje oczy. Ktoś strzela?  
Spanikowani ludzi zaczęli wstawać. Przestraszone dzieci płakały jedno głośniej od drugiego. Nie mogłam się ruszać. Jedyne co zrobiłam to spojrzałam na księdza, który uciekał z ambony na zewnątrz. To był znak. "Muszę się zebrać, muszę uciekać".

Biegłam za innymi. Pogubiłam buty. Gdzie jest Agata? Coś jej się stało? Kilka sekund, wypełnione niepewnością zrodziły we mnie poczucie samotności. Kościół wypluwał ludzi z siebie, ale jej nadal nie widziałam. Myślenie zamieniłam w czyn. "Podwijam kieckę i wracam po nią!". Kiedy wchodziłam do środka zbierałam swoje japonki. Agata z bladą twarzą wyjrzała z futryny drzwi. Trzęsła się, ale była w jednym kawałku - najważniejsze.  Szybko podbiegłam do ludzi zbadać co się dzieje. Dzieci zrobiły z siebie tarczę obronną wokół mnie. Życiowa klatka stop.

Jeden z tutejszych psychicznie chorych pijaków obrzucał kościół wielkimi kamieniami, świetnie bawiąc się przy tym. 4 mężczyzn pobiegło za nim. To był moment, kiedy pierwszy raz na tej ziemi powiedziałam, że w Zambii można spotkać prawdziwych facetów. Kurzyło się. Załatwili to po męsku. Nie wiem czy coś z niego zostało i może po chrześcijańsku to nie było, ale wrócili już bez niego.


Ktoś zwołał nas na mszę. Zszokowani ludzie siedzieli cicho jak makiem zasiał. Skulona Agata chowała twarz w dłoniach. Księdzu Michałowi głos chwilami przerywało, a moje powieki nie mogły zamknąć oczu jednym, szybkim ruchem. W podniesionym ciśnieniu serce biło jak szalone do ostatniej sekundy w tym budynku.

 Po wszystkim udaliśmy się do domu jednej rodziny. Tam czekał na nas wiejski kurczak i ubwali (nshima). Jedzenie ręką, w afrykańskiej chacie z ludźmi z buszu. Już w spokoju.

W jedną stronę śmialiśmy się, a w drugą cieszyliśmy, że wracamy żywi w jednym kawałku.
Aż ciężko uwierzyć, że dzisiejszego dnia jedni święcili palmy, a innym odbijała ona do głowy.
Droga do buszu
Obiadek
Poświęcenie palemek
Procesja



W kościele

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz